niedziela, 11 stycznia 2015

Rozdział 9- Konfrontacja

Idąc Lasem w piątkę, zwracali na siebie dużą uwagę. Lucy wiedziała o tym i tak, jak zazwyczj by się jej to nie podobało, tak teraz chciała być jak najbardziej widoczna. Gdyby Kol i zobaczył, na pewno by do nich przybiegł, a Lucille aktualnie najbardziej zależało, na przebciu jego serca kołkiem. Musiała go znaleźć. Znajdzie i zabije.
Starając się na zwracać uwagi na Damona Salvatore, który próbując wyprowadzić z równowagi Lucy cały czas opowiadał o swojej upojnej nocy z Everly, szła dalej z kamienną twarzą. Szczerze nie trudno było jej uwierzyć w to, co mówił Damon. Bardzo możliwe było, że Everly spędziła z nim noc. Dziewczyna wariowała, gdy zobaczyła przystojniaka i wtedy nie liczyło się dla niej, czy był on wampirem, wilkołakiem czy kosmitą. Lucy nigdy taka nie była. Jej związek z Haydenem w pełni oparty był na miłosci i zaufaniu. Co prawda do czasu, kiedy poczuli do siebie cos, była to prawdziwa droga przez mękę. Hayden pojawił się w ich bazie jakby z nikąd i już pierwszego dnia okazał się lepszy od Lucy. Lucy, jako najlepsza łowczyni, nie znosiła go za skrupulatne odbieranie jej tytułu, ale jak to w takich historiach bywa, wystarczyło kilka wspólnych akcji by rozkwitła pomiędzy nimi miłosć.
Na wspomnienie Haydena po policzku Lucy spłynęła łza, którą dziewczyna szybko starła wierzchem rękawa. Nie chciała, by ktokolwiek zauważył jej słabosć. 
-Boisz się o nią?- usłyszała obok siebie głos Bonnie, wiedźmy, która chciała im pomóc.
- Ja...nie. Nie chodzi o Everly. To silna dziewczyna i wiem, że sobie poradzi. Chodzi o co innego- odpowiedziała Lucy.
- Wiesz, jesli chcesz się wygadać, to mów, ja zawsze cię wysłucham. Też wiele przeszłam przez te pijawki- zaoferowała się mulatka.
- Pijawki? Nie lubisz wampirów? Myslałam, że niektórzy to twoi przyjaciele- zdziwiła się Lucy.
- Cóż, niektórzy. Własciwie dwóch, ale trzymanie się z resztą to dla mnie zło konieczne. Wszystkie moje tragedie życiowe spowodowane są przez nie, więc nie dziw się, że ich nie znoszę- odpowiedziała silnym głosem Bonnie, a Lucille zaczęła czuć do drobnej brunetki respekt. Mimo wszystkich cierpień, które wampiry jej zadały, ona umie dalej przyjaźnić się z niektórymi z nich. Lucy by tak nie potrafiła. Od dziecka uczono ją nienawisci do tej rasy.- A jak było z Tobą?
- Cóź...moja mama jest przewodniczącą Rady Łowców, toteż od małego wychowywałam się w bazie Łowców Wampirów i uczona byłam ich zabijania. Przybyłam tu razem z kilkorgiem przyjaciół i chłopakiem, by wybić wampiry, których z tego co widzę, jest tu nadmiar, jednak już pierwszej nocy, kiedy razem z Everly wyszłysmy z chwilę poza obóz, to gdy wrócilismy, wszyscy byli martwi. Łącznie z moim chłopakiem i własnie dlatego chcę tak bardzo dopasć Kola. Bo to on ich zabił.- Opowiedziała wiedźmie swoją historię, dziwąc się, że z taką łatwoscią jej zaufała. Czuła jednak, że Bonnie jest jej bratnią duszą.
Mulatka położyła Lucy rękę na ramieniu.
- Wiem co czujesz. Moja kochana babcia umarła, próbując wyciągnąć Damona i jego brata z krypty dla wampirów, moja matka załamała się po tym, jak Damon zmienił ją w wampira, a najlepsza przyjaciółka stała się potworem tuż po przemianie. Nie wspominając, że zmieniła ją w wampira krew Damona.
- Uuuu...widzę, że ten cały Damon nie jest zbyt przyjemnym gosciem.
- No nie.
- Hej, chyba znaleźlismy kryjówkę Kola!- zwołał nagle Damon. O wilku mowa, pomyslała Lucy w tym samym momencie. 
Kryjówką Kola, okaząły się być ruiny jakichs podziemi. Jedyne, co widać było na powierzchni to stare, wysłużone schody, a dalej tylko ciemnosć. No tak, typowo wampirskie klimaty. Lucy wiedziała, że wampiry nie są takie jak opisywano je w Draculi, ale wiele razy była zaskakiwana, jak bardzo podobny mają gust. 
- Ja wejdę, wy zostańcie. Jesli nie wrócę za pół godziny, szukajcie mnie- nakazała Lucy, a nikt nie wyraził sprzeciwu, więc dziewczyna drżąc na całym ciele zaczęła schodzić po schodach w dół. Przez kilka minut błądziła w ciemnosciach, ale następnie jej oczom ukazały się rozswietlające korytarz pochodnie. Było tu zimno, a cegły z których zbudowano wąski korytarz przywodziły na mysl wszystkie pospolite horrory, których Lucy nigdy się nie bała. Ale teraz jednak zaczęła. Pierwszy raz bała się tego, co ją spotka. Pierwszy raz bała się wampira. Zawsze jedynym co czuła, była odraza do tych stworzeń.
W końcu tuż przed nią zamajaczyły kraty. Zdrowy rozsądek podpowiedział Lucy, że to tam musi być Every. Brunetka przyspieszyła momentalnie. Nie myliła się. Za kratami leżała Everly. Jej oczy były otwarte, przez co dokładnie widać w nich było ból. Miała na sobie obdarte, brudne od krwi ciuchy, odkrywające sporo jej posiniaczonego ciała. Miała wiele zadrapań i zadarć przez co prezentowała się okropnie. 
Lucy uklękła przed kratami i złapała przyjaciółkę za rękę, przeciskając dłoń przez krarty.
- Everly! Nie bój się, wyciągnę cię stąd. Wszystko będzie dobrze- mówiła Lucy, ale ciężko było jej uwierzyć w jej własne słowa. 
Everly powoli uniosła na nią wzrok.
- Lucy...nie...to...pułapka- zdąrzyła wydyszeć, ale w tym samym momencie cos przycisnęło mocno Lucy do sciany, pozbawiając kontaktu z Everly. 
Już po chwili Lucy była w stanie spojrzeć w stalowe tęczówki Kola Mikaelsona. 
- No, już myslałem, że nie przyjdziesz- powiedział Kol, cmokając ze zniecierpliwieniem.
- Zostaw ją. Weź mnie, ale ją pusć- zarządała Lucille, choć wiedziała, że targowanie się z Pierwotnym nie było czyms mądrym.
- Wiedziałem, że tak powiesz i szczerze mówiąc, tylko na to czekałem- wyszeptał jej do ucha, a Lucille robiło się niedobrze na mysl o takiej bliskosci między nią a Kolem. 
- Co takiego?
- Mam zamiar zastosować się do twojej prosby, Widzisz, ktos powiedział mi o tobie bardzo ciekawe rzeczy, dlatego ta mała blondyneczka miała być tylko przynętą, by cię tu sprowadzić. 
- Wypusć ją- warknęła przez zęby Lucy, mimo iż wiedziała, że w sytuacji, w jakiej się znajduje, nie miałaby szans z pierwotnym.
- Ależ oczywiscie, że wypuszczę. Nie powiedziałem ci przed chwilą, że nie potrzebuję jej, a ciebie?- zapytał Kol, usmiechając się zawadiacko, a Lucille nie marzyła o niczym innym jak o zmyciu mu tego usmieszku z twarzy. - Wypusć ją- powiedział w stronę ciemnosci Kol, odwracając wzrok od Lucy.
Osoba, która wyszła z mroku, by uwolnić Everly przyprawiła Lucy o palpitację serca. To niemożliwe, to nie może być prawda, jęczała sama do siebie w myslach Lucy, spoglądając na pomocnika Kola.  

sobota, 27 grudnia 2014

Rozdział 8. - Potrzebna pomoc

1876r. Nowy Orlean


   Elijah, Niklaus i Rebekah siedzieli w salonie swojej cudownej rezydencji. Uwielbiali to miejsce, ale jeszcze bardziej kochali to miasto. Było to ich miejsce na ziemi, gdzie stali się władcami i nie musieli martwić się, że ktoś zapragnie ich zabić. Rodzeństwo, jak zwykle wysłuchiwało opowieści starszego z braci, jak to ważne jest życie rodzinne i to, jak warto się troszczyć o siebie nawzajem mimo wszystko. Oczywiście każde z nich dobrze o tym wiedziało, jednak Elijah i tak postanawiał każdego dnia im o tym przypominać. W końcu byli potworami i w niektórych sytuacjach mogli zapomnieć o tym, co sobie nawzajem przysięgali. 
   Do pełni szczęścia brakowało jeszcze dwóch braci Mikaelsonów Kola i Finn'a. Oni jednak, nie lubili zbytnio spędzać czasu w rodzinnym gronie. Woleli rozpruwać ciała śmiertelników wypijając z nich całą krew, lub upijać się w pobliskich barach. Mimo wyrzutów ze strony brata dalej robili, to co chcieli nie przejmując się gadką o rodzinie. Uważali, że prędzej czy później i tak każde z nich pójdzie w swoją stronę, po tym jak znajdzie ich ojciec. 
    W końcu do domu przyszedł Kol. Jak zwykle uśmiechnął się do rodzeństwa kłaniając się. Uwielbiał z nich szydzić, po prostu sprawiało mu to taką samą przyjemność jak zabijanie. Podszedł do stołu i nalał sobie do szklanki trochę bursztynowego płynu. Wypił go za jednym przechyleniem naczynia.  Potem odwrócił się na pięcie i wyszedł. 
      Rebekah spojrzała na Klausa, który był zajęty przeglądaniem jakiejś gazety. 
      - Co to było? - odezwała się w końcu.
      Brunet podniósł na nią pytający wzrok. Jednak nic nie odpowiedział.
      - No z Kol'em - dodała po chwili. - Co się z nim ostatnio dzieje? Prawie w ogóle nie bywa w domu.
      Klaus uśmiechnął się zadziornie. Jego młodsza siostra zawsze uwielbiała robić z igły widły. Martwiła się o wszystko i wszystkich bez powodu. 
      - Kol to wolny strzelec. Bierz z niego przykład i też wyjdź się zabawić - odpowiedział tym samym zamykając buzię siostry. 

***
   Kol szedł lasem lekko pogwizdując. Był w bardzo dobrym humorze i nie zapowiadało się, żeby coś miałoby mu ten humor zepsuć. Jego życie miało się od tej pory zmienić. To miał być wielki przełom, a to wszystko dzięki małej miksturce, którą udało mu się zdobyć od jednej silnej wiedźmy mieszkającej w miasteczku. To wszytko miało mu pozwolić, na potęgę wśród braci.
   W końcu przyśpieszył jednak swoje tempo, ponieważ droga nie była zbyt krótka, a nie chciał tracić na nią czasu. Dzięki temu po kilku sekundach znalazł się na miejscu.
   Znajdował się przed ruinami jakiegoś budynku. Po miasteczku chodziły legendy, że mieszkał tutaj jakiś mężczyzna, który został zamordowany. Podobno straszył wszystkich ludzi, którzy weszli na jego posiadłość. Kol znał to miejsce od wielu lat. Pojawiały się tutaj tylko ludzie, które próbowały poradzić sobie ze swoją zmianą w wilka podczas pełni nie zabijając przy tym żadnego śmiertelnika. Tak więc o tej porze teren był czysty. I raczej na razie nikt nie miał zamiaru go nawiedzać, dlatego wampir miał czyste pole do popisu.
    Wszedł do środka. Wszystko zostało dokładnie przygotowane, tak jak to zaplanował. Został tylko jeden element. Doszedł już do takiego stanu, że nikt nie dałby rady już tego wszystkiego zniszczyć.
   W ogromnym pomieszczeniu, w którym właśnie się znajdował znajdowało się sporo śmiertelników, wampirów, czarownic, a nawet łowców. Większość z nich była osłabiona i leżała na podłodze. Jedynie kilka wiedźm odmawiało modlitwy nad rozłożoną, wielką księgą.
     - Witajcie - odezwał się brunet uśmiechając się szeroko.
     - Wszystko już gotowe - odezwała się jedna z czarownic, a pozostałe z nich nie przestawały odprawiać swoich modłów. - Wiesz co masz robić - dodała.
      W końcu wszystkie wiedźmy umilkły. Jedna z nich podała mężczyźnie fiolkę z zielonym płynem oraz strzykawkę. Chłopak chwycił ją pewnie, jednak kobieta nie miała zamiaru jej puszczać.
      - Pamiętaj, co obiecałeś - powiedziała. - W końcu nie robię tego z czystej uprzejmości.
      Kol uśmiechnął się ponownie do niej i odpowiedział miłym głosem.
      - Wiem. Dotrzymuję danego słowa, w końcu moim bratem jest Elijah.
      W tym momencie starsza kobieta puściła fiolkę i kiwnęła głową. Po chwili wyszła z budynku, a właściwie jego pozostałości, a tuż za nią podążyły pozostałe czarownice. Brunet czekał jednak, aż wszystkie z nich wyjdą na zewnątrz. Nie chciał, aby ktoś mu przeszkodził. W swoich rękach trzymał moc, która pozwoli mu na zostanie królem wszystkich istot magicznych. Nie znosił tego, że to zawsze Niklaus i Elijah byli najważniejsi i najbardziej szanowani w rodzinie i nie tylko. Zwyczajnie jego ciałem miotała złość, która z każdym dniem powiększała się o kilka milimetrów. Dzisiaj jednak nadszedł dzień, aby w końcu wybuchnąć i zmienić coś w swoim życiu.
      Kiedy w końcu Mikaelson zorientował się, ze nic mu nie przeszkadza zaczął stwarzać swoją armię. Najpierw nabrał w strzykawkę swoją krew, aby potem wlać ją do zielonego płynu. Miało to nadać mu panowanie. Jego krew miała stać się dla nim zapachem, którego się nie wyzbędą. Będą chcieli być z nim i mu służyć.
        W końcu gdy płyny się zmieszały mógł zacząć zajmować się swoimi ofiarami. Podchodził po kolei do każdej istoty. Wbijał się zębami w ich szyję, aby potem w ranę wstrzyknąć trochę magii. Każdy, który otrzymał swoją dawkę od razu tracił przytomność po to, aby zaraz obudzić się jako nowy potwór i poddany Kola. Istota dalej zachowywała swoje zdolności magiczne, czy rozum. Jednak wszystko było skierowane w stronę bruneta. Wszystkie działania musiały być wykonywane na jego rozkaz, czy korzyść.
       Gdy wszyscy się rozbudzili Kol uśmiechnął się sam do siebie. Wymawiając jakieś mało znaczące słowa. Teraz skoro miał już swoją armię, mógł pokonać pozostałych mieszkańców Orleanu, albo przekonać ich do siebie i swojej władzy. To właśnie było to, czego chciał.
           - Witam was kochani - odezwał się. - No to mam dla was pierwsze zadanie. Wybierzemy się na wycieczkę, do moich kochanych braci - dodał odwracając się na pięcie.
             Wszyscy bez wyjątku ruszyli za nim.

***
Teraźniejszość, Mystic Falls

     Lucy wraz z Calebem szła przez Las w poszukiwaniu miejsca, w którym miała znajdować się przyjaciółka dziewczyny. Wraz z nimi szedł Jeremy oraz Bonnie. Mulatka miała pomóc im zlokalizować miejsce przebywania Everly, jednak nie było to takie łatwe, ponieważ inna czarownica rzuciła zaklęcie, które to uniemożliwiało. 
       - Gdzie ona do cholery jest? - wybuchła Lucille. 
       - Krzyk nic nie pomoże - odpowiedział Caleb. - W końcu ją znajdziemy. 
       To jeszcze bardziej zdenerwowało dziewczynę. 
    - Wtedy może będzie za późno. Widziałeś nagranie - krzyknęła. - Nie chcę, żeby stała się potworem. Została mi tylko ona - dodała. 
       Chłopak nic nie odpowiedział. W końcu nie miał ochoty kłamać, skoro dziewczyna wie jakie jest prawdopodobieństwo, ze blondynka jeszcze żyje. To wszystko było kwestią sekund. Musieli ją znaleźć teraz, później nie będzie już dla niej ratunku. 
       Po chwili cała czwórka poczuła wielki podmuch wiatru. Jeremy upadł. Kiedy spróbował się podnieść spostrzegł, że tuż obok niego leży nie kto inny, jak sam Damon Salvatore. Zaśmiał się próbując ogarnąć co się właśnie stało. Wychodził na to, że mężczyźni właśnie się zderzyli. Obaj w końcu podnieśli się otrzepując swoje ubranie. 
          - Może tak byś trochę zwolnił - odezwał się Jer. 
        - A ty może byś się tak nie pojawiał znikąd - odpowiedział wampir, jednak w tym samym czasie spojrzał na Lucy nieco zaskoczony. - Uszanowanko - odezwał się. 
          Lucy uśmiechnęła się nieprzyjaźnie.  W końcu była łowczynią, a on wampirem. Na przyjaźń raczej nie liczyła. Chłopak jednak przerwał jej przemyślenia i odezwał się znowu. 
    - Czy ty nie należysz do tych dzieciaków, co właśnie przyjechali? Większość z was się wykruszyła. Tylko ty i ta blondyneczka zostałyście. A właściwie już tylko ty - dokończył. 
       Brunetka zruszyła się. Już miała ochotę przywalić facetowi, albo najlepiej go zabić. Jednak Caleb ją powstrzymał. 
         - On jest nietykalny. Przyjaciel pani szeryf - dokończył, a Damon wzruszył ramionami. 
     - Próbuj maleńka i tak ci się nie uda - odpowiedział Salvatore. - Wiem, że szukacie tej dziewczyny, tak się złożyło, że my akurat szukamy tego cwaniaczka odpowiedzialnego za to bagno. Tak więc może chcecie, może nie chcecie. Musicie przyjąć moją pomoc - dodał. 
         Cała czwórka zaczęła po sobie spoglądać. Właściwie przydałaby im się pomoc. W końcu im więcej poszukiwaczy tym lepiej. A Damon mógł się na coś przydać. Przecież jest wampirem i wie jak oni myślą. 
         - Zgoda - powiedziała Lucy i uścisnęła dłoń bruneta.


 Cześć. Kolejny rozdział z mojej strony. Mieliśmy małe problemy z jedną z autorek, ale już chyba wszystko jest okej i dalej piszemy. Rozdział według mnie ciekawy i dziewczyny chyba nie będą miały takiego problemu z wymyśleniem dalszej fabuły. Na to przynajmniej liczę. :*  Zachęcam do komentowania i zapraszam na mój nowy blog o aniołach ~klik~

środa, 19 listopada 2014

Rozdział 7 - To się zaczyna

   Lucy szła tuż obok Caleba przemierzając las. Kolejny raz robili bez sensowne kółko, które sprawiało, że chłopak stawał się coraz bardziej wkurzony. Co chwilę mówił dziewczynie, że nie ma to najmniejszego sensu, że tutaj jej nie znajdą. Jednak ona nie chciała go słuchać. 
   - Nie mogę stracić kolejnej osoby, na której mi zależy! - wykrzyknęła. 
   Chłopak przytulił ją do siebie. Miał nadzieję, że za chwilę wróci do siebie i w końcu będą mogli wymyślić jakiś genialny plan na unicestwienie pierwotnych. Właściwie nawet spodobało mu się to małe przytulanko, ponieważ na jego twarzy pojawił się uśmiech. 
   - Przedstawię ci kogoś - powiedział odsuwając się od dziewczyny. 
   Lucy spojrzała na niego załzawionymi oczami. Nie wiedziała dlaczego aż tak się martwi. Fakt Everly była jej najlepszą przyjaciółką, jednak to właśnie ona była najbardziej wytrwała i silna. Nigdy się nie załamywała, mimo tego bagna w którym przyszło jej żyć. Tym bardziej musiała się ogarnąć. Dodatkowo nie mogła pokazać Calebowi, że jest miękka, ponieważ mógłby to kiedyś wykorzystać i ją oszukać. A na to nie mogła sobie pozwolić. 
   - Kogo? - zapytała niepewnie. 
   - Przekonasz się - odpowiedział. 

***
   Stefan wraz z Damonem wrócili do swojego domu. Po tym, jak ich koleżanka zostawiła ich w środku lasu nie mieli ochoty jej szukać. W końcu to ona chciała od nich pomocy, a nie odwrotnie. Oboje nalali sobie po szklance ulubionego napoju i usiedli na kanapie. 
    - Niezłe ziółko z tej małolaty - powiedział Damon uśmiechając się do brata. 
    - Lepiej z nią nie zadzieraj. W końcu to łowca, a ty już masz z nimi trochę problemów - dodał jego brat, jak zwykle dbający o wszystko. 
   - Nie martw się. Lepiej zająłbyś się poznawaniem jej przyjaciółeczki. Może i ona jest równie seksowna. 
     Ich rozmowę przerwało stukanie do drzwi. Bracia nie zdążyli nawet powiedzieć "proszę", gdy w drzwiach stanęła średniego wzrostu blondynka. 
      - Rebekah - odezwał się Stefan wstając z kanapy. 
      - Co cię sprowadza w nasze skromne progi? - odezwał się jego brat. 
    - To nie pora na żarty - powiedziała dziewczyna z wyraźnym zdenerwowaniem na twarzy. - Mamy problem.... z Kolem. 
      Salvatorowie spojrzeli na siebie, a potem na towarzyszkę. Od kiedy to pierwotna przychodzi do nich z problemem związanym ze swoim bratem? Miała w końcu od tego swoich starszych braci. Którzy dbali tylko o swoją rodzinę, nikogo poza tym. 
    - Klaus, Elijaha i Finn wyjechali, a więc wy musicie mi pomóc - powiedziała Rebekah uprzedzając ich kolejne pytanie. 

    ***
   Caleb wraz z Lucy weszli do jednego z budynków mieszkalnych znajdujących się w centrum Mystic Falls - uroczego miasteczka, w którym właśnie się znajdowali. To właśnie tutaj brunetka miała poznać kogoś, kto miał pomóc jej w rozwiązaniu problemów. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że para wchodząc do środka nawet nie zapukała. Widać było, że chłopak był częstym gościem w tym właśnie miejscu. 
    Wnętrze budynku było tradycyjne. Na podłodze leżały kolorowe dywaniki, na ścianie wisiały rodzinne zdjęcia, na pułkach poustawiane były różne bibeloty. Od razu pokierowali się do pokoju znajdującego się po prawej stronie. Na kanapie oglądając telewizję siedział młody mężczyzna. Był to brunet, dobrze zbudowany o kremowej cerze. 
   - O cześć - uśmiechnął się na widok Caleba, jednak po chwili przeniósł wzrok na jego towarzyszkę. 
      Caleb podążając za jego wzrokiem od razu zareagował. 
    - To Lucy. Opowiadałem ci o niej ostatnio - dodał. - A to Jeremy, jeden z najlepszych miejscowych łowców. 
    Chłopak ukłonił się uśmiechając się promiennie. Sprawiał wrażenie przyjaznego i raczej niegroźnego. Jednak skoro był najlepszym łowcą w tym mieście to raczej nie jedno miał na sumieniu. W końcu było to miasto pełne wampirów. 
      - Pomożesz nam - odezwała się Lucille nadal mając łzy w oczach. 
      - Postaram się. Tylko o co chodzi? - odpowiedział chłopak wskazując na stolik znajdujący się w kuchni. 
     Para opowiedziała o wszystkich problemach dzisiejszego dnia, a właściwie kilku dni. Brunetka wspomniała również o swoim byłym chłopaku, o spotkaniu z Kolem i zaginięciem przyjaciółki. Dodała jednak również informacje o wiadomości zostawionej przez pierwotnego. Jeremy cały czas słuchał zastanawiając się nad rozwiązaniem. Walczył wiele razy z wampirami, znał dobrze pierwotnych, jednak nigdy nie odważył się im przeciwstawić, nie licząc kilku razów kiedy chciał obronić przyjaciół, czy rodzinę. Wiedział, że lepiej zostawić ich w spokoju. W końcu kiedy zabija się pierwotnego ginie cały linia wampirów stworzonych przez nich i pozostałe wampiry, a jego siostra Elena od niedawna również stała się wampirzycą. 
     - Macie jakiś plan? - zapytał po zakończeniu opowiadania historii przez dziewczynę. 
     - Mam, jednak jesteś nam w tym potrzebny - dodał Caleb. 
     W tym samym momencie zadźwięczał telefon Lucy. Dziewczyna wyjęła go z kieszeni i spojrzała na ekran. Dostała jedną wiadomość. Natychmiast ją otworzyła, było to nagranie. Brunetka zasłoniła usta ręką. Była na nim Everly. Leżała na ziemi z wielką raną na szyi z pewnością po ugryzieniu wampira. Było jednak w niej coś nadzwyczajnego. Była zbyt wielka, a zabarwienie wokół rany miało odcień zielonego. Coś było nie tak. Chłopcy od razu zaczęli spoglądać jej przez ramię. Jeremy spojrzał na Caleba. Oboje mieli przerażenie w oczach. Lucille od razu zorientowała się, ze coś jest nie tak. 
     - Co się dzieje? - zapytała. 
     - To się zaczęło - powiedział Caleb nie odrywając wzroku od Jeremy'ego.
    
*** 
    Rebekah siedziała obok braci Salvatore sącząc Burbona. Jej twarz była blada, mimo tego że przez kilkaset lat była martwa, było to nadzwyczajne zjawisko. Bracia również nie byli uśmiechnięci. Cała trójka zastanawiała się nad czymś. 
    - Musimy go powstrzymać - powiedział w końcu Damon. 
  - Zdecydowanie. Pamiętacie jak to wyglądało w 1867r. co ledwo go odratowaliśmy. Nie wiedziałam, że ponownie może to zrobić - dodała Rebekah.
     - Tylko dlaczego teraz wpadł na wznowienie działania? - zastanawiał się Stefan.
     - Coś musiało się zmienić ostatnio - dodała Rebekah. 
     - A kto ostatnio wpadł do Mystic Falls? - dodał Damon. 
     - Ta mała blondynka ze swoją zgrają - dokończył Stefan. 
     - No to mamy to. 

Cześć. Z góry przepraszam za opóźnienia, ale nawał pracy i obowiązków odbija się na blogu. Rozdział króciutki, ponieważ miałam pewien pomysł jednak nie chciałam go zbytnio rozwijać, ponieważ jestem ciekawa co moje współautorki wymyślą. Zapraszam do czytania.